Mój mąż jest specjalistą od wymyślania nam wycieczek. Dawno nigdzie nie byliśmy, a lato szybko przemija. W niedzielę przed godziną 7 rano wyruszyliśmy w drogę samochodem. Pogoda budziła trochę strachu we mnie, bo było bardzo pochmurno. Ledwo wyjechaliśmy z domu i zaczął padać deszcz.
Miałam ochotę zrezygnować z wycieczki, bo bałam się mokrej jezdni. Paweł zaczął moje strachy przepędzać na cztery wiatry i mimo brzydkiej pogody jechaliśmy coraz dalej. Z czasem pogoda się poprawiła i byłam bardzo wdzięczna mężowi, że nie zgodził się na powrót do domu.
Byliśmy między innymi w Nowym i Starym Sączu. Stary Sącz jest bardzo nieciekawy. W Piwnicznej zjedliśmy lody. Tam odżyły we mnie wspomnienia. 25 lat temu byłam w Piwnicznej na kolonii. Jak ten czas leci.
Nie wiem jak wyglądają obecnie kolonie, ale wtedy wraz z innymi kolonistami wylądowałam w klasie jakiejś szkoły podstawowej. Było bardzo ciasno, łóżko koło łóżka, a nasze rzeczy w torbach, walizkach lub plecakach, leżały pod łóżkami.
Nasza wychowawczyni miała swój kącik do spania w tej samej klasie. Odgrodziła się jedynie od nas parawanem. I tam co wieczór zostawiała zapaloną świecę, a ona bywała gdzieś na jakichś chyba plotkach z innymi wychowawcami. Moje łóżko mieściło się najbliżej tego parawanu.
Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i nagle zauważyłam jak się cały parawan pali. Wybiegłam z krzykiem na korytarz … Nic się wtedy nikomu nie stało. Zastanawiałam się potem co by było gdybym wtedy nie mogła zasnąć?
Wracając do wycieczki … Chcieliśmy pochodzić sobie po Szczawnicy, ale niestety nie było gdzie zaparkować. W Krościenku nad Dunajcem zjedliśmy prowizoryczny obiad. I to był ostatni punkt programu. Wróciliśmy do domu późnym popołudniem, bardzo zmęczeni.
Kilka lat później … 16.09.2020 r.
Obecnie w pandemii prawie w ogóle nie jeździmy na wycieczki. Jedynie wsiadamy do samochodu i jedziemy w jakieś miejsce, ale tylko po to, aby obejrzeć widoki. Na razie nie jeździmy w miejsca, gdzie są ludzie.

