Wczoraj pojechaliśmy samochodem na 8 rano na mszę do kościoła. Po drodze ustąpiły nam miejsca na drodze 2 psy schodząc do rowu i tam grzecznie czekały aż przejedziemy. Bardzo nas ta sytuacja rozbawiła.
A po mszy wybraliśmy się na cmentarz zapalić lampkę na grobie taty Pawła. Jakież było moje zaskoczenie gdy zobaczyłam otoczenie grobu ... Przed grobem leżała kupa śmieci. Były tam znicze, szmaty, jakiś plastikowy kwiatek. Paweł nie był zaskoczony. Uświadomił mnie, że tutaj to normalne. Sąsiad sąsiadowi podrzuca swoje śmieci. Nie mogłam w to uwierzyć. Jak tak można? Na cmentarzu?
No cóż ... na szczęście mieliśmy siatkę, do której zapakowałam część tego śmietnika i zaniosłam do kontenterów umiejscowionych około 100 m dalej!!! Potem zrobiłam jeszcze jeden taki kurs do kontenerów. Zajęło mi to raptem parę minut. Odchodząc od grobu zauważyliśmy nagle, że z drugiej strony stoi rozbity wazon, oczywiście nie nasz. Jego też odniosłam na śmietnik.
Paweł przypomniał sobie, że kiedyś, dawno temu, ksiądz podczas ogłoszeń parafialnych prosił o to, aby nie podrzucać sobie wzajemnie śmieci. Nigdzie nie słyszałam o czymś podobnym. I to czynią ludzie ze wsi, wydawałoby się, że najbardziej bogobojny naród.
A ja się nieraz dziwiłam temu jak można wyrzucać śmieci w lesie, co jest na wsiach nagminną sytuacją ...
A pod domem zastaliśmy bażanta, który ze stoickim spokojem przyglądał się jak nasz samochód podjeżdża ... Uciekł dopiero wtedy gdy wysiadłam z samochodu.
Kilka lat później … 17.08.2020 r.
Pamiętam tę sytuację, na szczęście nigdy więcej się nie powtórzyła. A bażant nas nadal odwiedza, ale to chyba już nie ten sam, co 8 lat temu. Ten się nas bardzo boi i natychmiast ucieka, jak tylko nas zauważy na polu.

