Każdego ranka (oprócz sobót i niedziel) wsiadamy do samochodu i jedziemy do pracy. W Krakowie na przystanku autobusowym koło ronda wysiadam z samochodu i przesiadam się na autobus. Zwykle jest to koło 7 godziny. O tej porze jeszcze nie jedzie dużo osób.
W czwartek Paweł pojechał na zebranie pracownicze poza Kraków. A ja sobie poszłam do wsi obok na przystanek autobusowy. Szłam około 10 minut do przystanku. A po drodze podziwiałam gospodarstwa domowe. Jedno mi się szczególnie podoba. Chciałabym mieć takie ogrodzenie i bramę. Pewnie kiedyś się tego doczekam. A ogrodzenie to żywopłot wysoki, piękny, zadbany. A brama jest drewniana.
Poza tym było tak spokojnie. Czuło się już wiosnę w powietrzu. Ćwierkania jakiegoś ptaszka słuchałam zachwycona. Niesamowita jest ta wieś. Spokój, brak spalin, tłumów, sklepów.
Autobusem pojechałam do Borku Fałęckiego. Tam poszłam za tłumem i z tłumem ludzi do tramwaju. Tłum składał się głównie z młodzieży. Podjechał na przystanek tramwaj i cały ten tłum rzucił się do środka po to aby usiąść. Koniecznie usiąść. Bardzo ta młodzież dzisiejsza zmęczona.
Przejechałam kilka przystanków i chciałam się przesiąść do autobusu. I tu pojawił się problem. Wsiąść do jakiegoś autobusu graniczyło z cudem. W końcu do któregoś wsiadłam. Gnietliśmy się w nim jak sardynki w puszce. Dramat.
Tak sobie myślałam ... Gdybym była teraz w ciąży to chyba musiałabym wezwać taksówkę. W sumie droga do pracy zajęła mi aż 1,5 godziny. Całe szczęście, że mąż na co dzień podwozi mnie do Krakowa.
Kilka lat później … 13.07.2020 r.
Od dawna nie jeżdżę już z mężem do Krakowa. Chodzę na ten właśnie przystanek autobusowy i … zapomniałam o podziwianiu przyrody. Chyba dopadła mnie rutyna. A przecież teraz jest tak pięknie, zielono. Jutro rano będzie inaczej. Przyjrzę się dokładniej zielonym łąkom, posłucham ptaków.

