W czwartek byłam u swojej lekarki po receptę na 3 zastrzyki, które mam otrzymywać przez najbliższe 3 miesiące. Lekarka poinformowała mnie, że jeden zastrzyk kosztuje między 300 a 400 zł. Wiedziałam już o tym od koleżanki, z którą dzieliłam pokój szpitalny po zabiegu.
Dużo to leczenie kosztuje, ale tłumaczę sobie, że na dziecko też się przecież wydaje i to wcale nie tak mało.
Pojechaliśmy z Pawłem po pracy do taniej apteki i farmaceutka powiedziała nam, że jeden zastrzyk kosztuje około 10 zł. Musiałam mieć bardzo zaskoczoną minę, bo po chwili stwierdziła, że zapyta jeszcze koleżanki. Wróciła z informacją, że się pomyliła i jednak jeden zastrzyk kosztuje 308 zł z jakimiś tam groszami. Grosze już mało ważne przy takiej cenie.
Zastrzyków nie miała w aptece, zamówiła je w hurtowni. Hurtownia miała je dostarczyć następnego dnia koło południa. Następnego dnia mąż pojechał do tej apteki i … zapłacił 30 kilka złotych za te 3 zastrzyki. On nie okazał zdziwienia, tylko zapłacił ile mu kazali i sobie poszedł.
W domu nie mogłam się nadziwić o co tu chodzi. Jednego dnia kosztuje lek 308 zł, a na drugi dzień 10 zł? Wiem, że każdy ma prawo się pomylić. Na wszelki wypadek sprawdziliśmy w Internecie jak to jest z tym lekiem. Lek jest refundowany od dnia 1 maja 2012 r. Może rzadko jest sprzedawany i panie nie wiedziały o tej refundacji?
Kilka lat później … 3.09.2020 r.

