Mój brzuszek ciążowy jest już widoczny. Jego widok bardzo mnie wzrusza. Oboje z mężem mówimy do brzuszka, głaskamy go, mając nadzieję, że Dzidziuś w nim mieszkający, słyszy nas i miło mu, że ma kogoś kto o nim myśli i do niego mówi. Puszczamy mu muzykę, ale nic konkretnego. Jest to muzyka z radia, więc bardzo różna.
Martwi nas tylko jedno, że oboje z mężem mówimy do brzuszka po dziecinnemu, np. zamiast słowa co, mówimy cio. I wiemy, że tak do dzieci się nie mówi. Obiecujemy sobie, że jak dziecko się urodzi, to na pewno będziemy wtedy mówić do niego, jak do dorosłego.
Pamiętam, jak urodziła się moja bratanica, to uczulałam i prosiłam moich rodziców, aby nie mówili do niej: tiu tiu tiu … kosi kosi łapci (bo co to w ogóle jest?) i tym podobne, bo takie dziecko uczy się niewłaściwych słów, których nie ma w polskim słowniku. O ile kosi można nazwać słowem.
Kosi kojarzy mi się tylko z koszeniem, np. trawy. I ku mojemu zaskoczeniu, moi rodzice, niemłodzi ludzie zastosowali się do próśb i mówili do bratanicy, jak do dorosłego człowieka. A ja myślałam, że będą mieli z tym problem.
Podobno dziecko, do którego się tak mówi, wolniej się rozwija. Czytałam, że do 3 roku życia dziecko najwięcej się rozwija, szczególnie mózg.

